piątek, 27 marca 2015

Kauri rządzą

Wczoraj nic nie napisałem, prawda? Wróciłem dość późno z objazdu okolicy, a potem piłem wino z Karen.

Karen jest uroczą kobietą w wieku 50 +, nowozelandką z krwi i kości. Jej przodkowie przyjechali tu wiele pokoleń temu z Manchesteru. Jest właścicielką Kiwi Heritage Homestay, w  którym się  zatrzymałem.
Zanim kupiła ten dom, była specjalistką w   firmie informatycznej. Nienawidziła tego pośpiechu i rygoru. Teraz ma spokój. Swój domowy hotel na przedmieściach Auckland prowadzi od roku i daje radę bez pracy etatowej. Pomagają jej wysokie ratingi na booking.com i TripAdvisor. Zasłużone.

Karen jest singielką, podobnie jak jej dwie siostry. Ma dorosłą córkę i wnuki, ale  nigdy nie wyszła za mąż. Jest szczęśliwa. W maju ze starszą siostrą rusza w pierwszą podróż do Europy. W planach Portugalia, Hiszpania, Francja, Włochy i Chorwacja. Polska? - jednak zupełnie nie po drodze.

Dom z roku 1940 jest pełen starych mebli, różnych drobiazgów i bibelotów. Lubię takie miejsca z duszą. I to łóżko! Po przyjeździe z lotniska spało mi się tak dobrze, że postanowiłem tu zostać na jeszcze jedną noc.

Za radą Karen ruszyłem na zachód do Waitakere Ranges Regional Park obejmujący lasy deszczowe porastające niewysokie góry schodzące klifami do morza. Zapachy i dźwięki tego lasu najlepiej można poczuć w Arataki Visitor Center, gdzie jest ścieżka dydaktyczna i dwa szlaki turystyczne.

Królują tu drzewa kauri z podłużnymi, twardymi listkami, drzewa rimu, które ma zwisające igiełki i manuka - drzewa herbaciane, z herbatą nie mające nic wspólnego. Dające za to znakomite olejki eteryczne. Las jest gesty i wilgotny. Huczy dźwiękami najróżniejszych cykad, owadów i ptaków. Jak przystało na las deszczowy, w połowie szlaku dopadło mnie moje ulubione zjawisko pogodowe. Dziwny deszcz - tak drobnych kropelek jeszcze nie widziałem. Zupełnie jakby ktoś rozpylał z góry wodę przez bardzo gęste sito. Ta mżawka przy temperaturze 25°C była bardzo przyjemna. W nocy jest tu 16 stopni. Ciepło jak na koniec września. Tak - marzec w Nowej Zelandii to odpowiednik naszego września. Polski typ klimatu jest tu na Wyspie Poludniwej, a w zasadzie w południowej połowie Wyspy Południowej.

Centrum Arataki jest super nowoczesne i świetnie wyposażone. Widać dbałość o każdy szczegół. Nowozelandczcy dbają o turystów, ale tez o swoją przyrodę. Przy wejściu na szlak jest nawet specjalny spraj do spryskiwania butów by nie roznosić chorób zagrażających kauri. To wielkie drzewo jest uważane przez Maorysów za symbol siły i godności. Na swoje nieszczęście produkuje też znakomite drewno, co w dużej mierze spowodowało przestrzebienie dawnych lasów kauri. To endemit - występuje tylko na wyspach Nowej Zelandii.

Potem ruszyłem krętą drogą do Karekare, wioski zagubionej w górach. Pięknie i daleko. Dobrze, że jechałem sam, bo zatrzymywałem się co chwila by robić zdjęcia. Fotografowałem właśnie przydrożne skrzynki kiedy zatrzymał się samochód.
- Co robisz - zapytała starsza Pani.
- Ten miś, którego ktoś posadził przy skrzynkach, po prostu aż prosił się o zdjęcie.
- Wygląda dziwnie. Ktoś go musiał znaleźć gdzieś w lesie, a kapelusz i okulary pojawiły się później - wyjaśniła.
- Jak się tu żyje?
- Jeśli ktoś lubi spokój i ciszę to idealne miejsce.

Potem krętą drogą zjechałem do położonej nad oceanem miejscowości Piha (pamiętaj - lewa strona; trzymaj się lewej). To senne miasteczko to mekka surferów, bo są tu znakomite fale, ale też niebezpieczne prądy wsteczne. Na plaży wznosi się na 101 metrów skała zwana Lions Rock. Trzeba naprawdę dużej wyobraźni by w jej kształcie dopatrzeć się lwa, a stąd podobno wzięła się jej nazwa. Plaża o piasku koloru opiłków żelaza. Piękna i elegancka szarość.

W jedynej restauracji/barze Cafe Piha najlepsza pizza (Marinara) na półkuli południowej. Z kieliszkiem miejscowego Chardonnay.

Wieczorem Auckland. Co mogę powiedzieć o największym mieście Nowej Zelandii. Że jest. Nie rzuca na kolana, chociaż Queen Street i uliczki do niej przylegające mają swój urok, a liczne bary i restauracje w ogródkach ulicznych tętnią życiem. Nad Centrum, które zresztą można przejść w 10 minut, góruje charakterystyczna wieża telewizyjna. Ale daleko jej i urodą i skalą do podobnych wież w Berlinie i Toronto, czy choćby tej, którą widziałem niedawno w Sydney.

I wcale nie piszę tego "po złości" - z moją oceną nie ma nic wspólnego fakt, że spóźniwszy się na parking dosłownie kilka minut po opłaconym czasie zastałem już za wycieraczką bilecik wartości 100 dolarów (PLN X 2,7). Zen........

Auckland jest jednym z największych miast świata - poza niewielkim centrum jego parterowe przedmieścia ciągną się dziesiatki kilometrów we wszystkich kierunkach. Mieszka na tych terenach prawie 1,5 mieszkańców.

Za chwilę żegnam się z Karen i ruszam do wrót piekieł, gdzie nad bulgocącymi błotami unosi się zapach siarki. Na lodówce Karen zostanie dumny trójwymiarowy orzeł kupiony na Okęciu. Niech lata wysoko.

Taki kurczę oryginalny jestem...

Deszcz za oknem podczas lądowania nie zdziwił mnie wcale. Taka to już świecka tradycja - wilgoć mnie lubi. Nie zdziwiła mnie też elegancja terminala i maoryskie motywy witające przybyszów. Nie zdziwiło mnie, że zanim dotarłem do taśmy z bagażami mój plecak w nieocenionym worku, mokrym ale nie przemoczonym, już tam na mnie czekał. Nie zdziwił mnie nawet kompletny brak kolejki do "immigration". Zdziwienie przyszło chwilę później.

Oglądając mój paszport i deklarację, że nie przywożę ani broni, ani żadnych nasion, ani nawet afrykańskiej eboli, pani strażnik spojrzała mi głęboko w oczy. Musiała w nich zobaczyć coś strasznego bo powiedziała: - Linia czwarta. Zaraz, zaraz, ale wszyscy inni poszli prosto...

Na końcu linii 4 czekała strażniczka o słowiańskiej urodzie w wieku około 25 lat. Spokojnie możnaby ją spotkać na warszawskiej ulicy. Pobrała mój paszport i zaczęła odptywać: po co tu przyjeżdżam, co będę robił, gdzie będę spał, czy mam tu jakichś znajomych, dlaczego przyjeżdżam tylko na kilka dni, czym się zajmuję, ile mam pieniędzy, czy mam karty kredytowe, z jakim limitem, czy byłem karany, co mam w plecaku, itd, itp. Odpowiedzi na wszystkie te pytania pani pracowicie wpisywała do komputera wiec trwało to w nieskończoność.

Przy pytaniach o moją rodzinę w Polsce i o to jakie relacje łączą mnie z żoną, trochę wymiękłem, żeby nie powiedzieć: szlag mnie trafił. Od tej pory odpowiadałem na podobne pytania, że to jest absolutnie moja prywatna sprawa. Ostatni raz tak odpytywany na granicy byłem w 1988 roku przechodząc z NRD do Berlina Zachodniego  (tak - była taka granica,  tak - potrafiłem wtedy już chodzić).

Pani się skonfundowała i zaczęła tłumaczyć, że takie są przepisy i że ona MUSI mnie o to wszystko zapytać, bo sporządza na mój temat raport.

W tej sytuacji ja zacząłem zadawać pytania. Dlaczego akurat ja zostałem wybrany do tej miłej ankiety, co by było, gdybym nie miał zarezerowanego noclegu na dzisiaj, samochodu i biletu powrotnego, dlaczego jestem traktowany jak przestępca.
Odpowiedzi: bo wymykam się statystykom, nie wpuszczono by mnie, takie są przepisy.

Okazało się, że wytypował mnie system komputerowy i czekano na mnie zanim jeszcze wylądowałem. Po pierwsze, podróżuję sam, po drugie bilet powrotny kupiłem tuż przed wylotem z Sydney, po trzecie przylatuję zaledwie na kilka dni (w sam raz na dostarczenie i odebranie przesyłki) i wreszcie po czwarte - ostatnio w krótkim czasie odwiedziłem wiele krajów.
- All this stands out - wyjaśniła nieco zalękniona pani z okienka. - Ale wszystko jest OK, szybko dodała oddając mi paszport.

Na koniec zadałem pytanie zasadnicze - czy to wszystko nie ma przypadkiem związku z tym, że jestem Polakiem.
- O nie, absolutnie. Zresztą ja też jestem polskiego pochodzenia. Moi pradziadkowie się tu osiedlili.
- Jak masz na imię?
- Tego nie mogę powiedzieć. Przepisy nie pozwalają.
Moje rozmowy z panią "Tego nie mogę powiedzieć" trwały równe 45 minut.

Jeszcze tylko szczegółowe prześwietlenie mojego bagażu i mnie samego w specjalnej komorze i... witaj gościnna ziemio nowozelandzka.

Humor poprawiła mi Ella z Thrifty, piękna, czystej krwi Maoryska z tym takim płynnym ruchem widzianym na Tahiti i nieco zbyt szerokimi biodrami. Jeśli można mówić o gościnności, to ona przywróciła mi wiarę w Nową Zelandię. Uśmiech mimo późnej pory, pytania o komfort lotu, sugestie co można tu zobaczyć, rady dotyczące prowadzenia pojazdu (- Nie wyobrażam sobie jak wy możecie jeździć po prawej stronie drogi) i autentyczne zaciekawienie Polską.

Nową Krystynę dostałem w gratisie. To siostra bliźniaczka poprzedniej, ale działa idealnie.

czwartek, 26 marca 2015

Sprostowanie krykietowe

Tych z Państwa, którzy z zapartym tchem śledzą mistrzostwa świata w krykiecie, niniejszym uprzejmie przepraszam za wprowadzenie w błąd i bez drgnienia powieki całą winę zrzucam na swojego kolegę z pokoju w hostelu. Kolega Hindus po pierwsze był tego wieczoru pod wpływem, po drugie być może przeczuwał już dzisiejszą klęskę Indii z Australią, więc miejsce rozgrywania finału było mu obojętne...

Mecz finałowy mistrzostw odbędzie się co prawda rzeczywiście 29 marca, ale nie w Auckland jak napisałem, ale w australijskim Melbourne. Tych, którzy pod wpływem niniejszego bloga kupili już bilety na finał w Auckland, proszę o jak najszybsze przebukowanie ich na kierunek Melbourne.

W związku z powyższym moje poprzednie rozważania na temat przyczyn wypełniania się po brzegi samolotów lecących do i z Nowej Zelandii są w tej sytuacji absolutnie chybione. Przyczyny te nadal skrywa tajemnicza tajemnica.

Wiemy już, że w niedzielny wieczór naprzeciwko siebie staną Aussi i Kiwi, a więc dwaj sąsiedzi i odwieczni rywale. Co to będzie za mecz! Live streaming dostępny na stronach internetowych Australii i Nowej Zelandii. To trzeba zobaczyć.

Eendrachtsland wygrywa!

Udało się. Wziąłem ostatnie miejsce w locie QF147. Chyba pomogła moja narodowość. Poważnie. Okazało się, że pracownik Qantas, na którego trafiłem był kilka lat temu w Poznaniu. Ma tam przyjaciół. Do dzisiaj żałuje, że nie dał wtedy rady pojechać do Krakowa, o którym tyle słyszał. Obiecał wrócić.

Teraz mogę komfortowo, z wysokości 11 tys. m nad Morzem Tasmana spojrzeć wstecz zarówno w czasie jak i przestrzeni.

Czym jest Australia? Moim zdaniem jest dowodem na to, że resocjalizacja nawet najgorszych łotrów ma sens. Ponad 200 lat temu Bytyjczycy, nie wiedząc co zrobić z nową i mało przyjazną ziemią wpadli na genialny w swojej prostocie pomysł rozwiązując równocześnie dwa problemy. Pozbywali się przestępców z Anglii i jednocześnie zdobywali tanią siłę roboczą dla nowej kolonii. Sydney powstało jako miasto wokół portu, do którego przywożono przestępców przez kilkadziesiąt lat począwszy od 26 stycznia 1778 roku. Ostatni transport skazańców przypłynął tu dokładnie 60 lat później. Procederu tego zaprzestano dopiero wtedy, gdy zaprotestowali wcześniej przysłani skazańcy i ich potomkowie. Nie życzyli sobie już świeżych dostaw zła.

Dawna kolonia karna jest dziś wspaniale funkcjonującym, liberalnym krajem, 5-tym najbogatszym krajem świata (pod względem PKB). A dzisiejsza przestępczość jest jedną z najniższych na świecie - jest 8 razy niższa niż w USA! Argument dla behawioralistów. Człowiek nie rodzi się zdeterminowany genami do konkretnych zachowań. Przynajmniej nie każdy. To środowisko zewnętrzne w największym stopniu kształtuje jego sposób postępowania.

Ale zanim do Australii dotarli skazańcy, jakieś 70 tysięcy lat wcześniej przywędrowali tu pierwsi ludzie. Przeszli od północy po naturalnych mostach z terenów dzisiejszej Indonezji i Papui Nowej Gwinei. Kilka tysięcy lat później, kiedy podniósł się poziom mórz, ludzie Ci zostali "odcięci" od innych. I w tej izolacji rozwijali się samodzielnie. Robili to powoli... Bardzo powoli.

Sami odwrócili się od morza. Zamieszkali w interiorze. Nie mieli tej ciekawości świata - co jest za horyzontem; czy za tą wielką wodą jest inny ląd; czy są tam podobne do nas istoty; czy można tam zamieszkać? Aborygeni, jak nazwali ich Brytyjczycy (aboriginal - original inhabitant), rozwinęli za to bogaty system wierzeń animistycznych i niezwykłą kulturę przekazywaną ustnie z pokolenia na pokolenie. Wiele z niej zresztą nie przetrwało kontaktu z europejską cywilizacją.

Teraz niektórzy artyści i centra kulturalne próbują ją wskrzeszać. Zanim w ogóle pomyślałem o tej podróży, odkryłem niejakiego Gurrumula, niewidomego aborygeńskiego artystę, który odgrzebuje stare oryginalne pieśni. Kiedyś do Australii specjalnie przyjechał Sting, żeby zagrać z nim koncert. Dwa lata temu kupiłem jego płytę w Amazonie i słucham jej czasem. Jest niezwykła. Rodzina tego nie wytrzymuje, ale dla mnie te pieśni są piękne. Kiedy się zamknie oczy, łatwo można sobie wyobrazić czarnych, skąpo odzianych ludzi śpiewających je wokół ogniska gdzieś w okolicy ich świętej góry Uluru. Próbkę Gurrumula możecie usłyszeć tu: https://youtu.be/gyAa1-jOZpI.
A tu w duecie: https://m.youtube.com/watch?v=vBVXEoqJclc&feature=youtu.be

Śpiewanie pieśni wokół ogniska nie popychało jednak ich cywilizacji zbyt szybko do przodu. Ale najwyraźniej nie odczuwali presji na jej popychanie. Po 70 tysiącach lat Europejczycy zastali tu nieporównanie bardziej prymitywne plemiona niż na zasiedlonych raptem 2 tys. lat temu wyspach Polinezji. Brytyjczycy zresztą traktowali Aborygenów jak podludzi, co w połączeniu z chorobami jakie przywieźli, szybko przestrzebiło oryginalną ludność Australii z około 1 miliona do zaledwie kilkudziesięciu tysięcy. Teraz Aborygenów jest nieco ponad 600 tys. i stanowią 2,7% z 24 mln obywateli Australii.

Ale to nie Brytyjczycy odkryli ten kontynent dla starej Europy. Pierwszy - w marcu 1606 roku - dotarł tu holenderski statek Duyfken dowodzony przez niejakiego Willema Janza. Holendrzy wylądowali na północy Queensland, ale szybko się wynieśli przegnani przez tubylców. Dziesięć lat później inny Holender Dirck Hartog przypłynął do zachodnich wybrzeży Australii. Objął ten ląd w posiadanie i przybił do drzewa tabliczkę z nadaną mu nazwą: Eendrachtsland. Chyba jednak dobrze, że  ta nazwa się nie przyjęła ;-). Autentyczną tabliczkę z 1616 roku można zobaczyć w jednym z muzeów w Holandii. Holendrom lepiej poszło w Indonezji, gdzie założyli kolonię o nazwie Batavia na wyspie Jawa. Teraz nazywa się ona... Dżakarta.

Siedemnastowieczna Holandia podupadła, a jej wewnętrzne problemy i wojny wybiły z głowy holenderskim odkrywcom dalekie podróże. I wtedy do akcji wkroczył nasz dobry znajomy James Cook. W 1768 roku przypłynął na wschodnie wybrzeże, które nazwał Nową Południową Walią. Był zresztą przekonany, że trafił na wyspę, która jest mniejsza od oryginalnej Walii.

Cook wrócił do Anglii ze wskazaniami, że najlepszym miejscem by zacząć kolonizację będzie Botany Bay, głęboko wcinająca się w ląd zatoka, nad którą położone jest obecne Sydney, a 78 m nad lustrem jej wody dziennie przejeżdża 100 tys. pojazdów po moście Harbour Bridge.

Dwadzieścia lat zajęły przygotowania do kolonizacji i w 1788 roku drogą wyznaczoną przez Cooka ruszyła flotylla statków z pierwszymi skazańcami oraz strażnikami więziennymi i specjalistami od budowy domów i mostów oraz ich rodzinami.

I w tym momencie naszej historii sąsiadka po mojej prawej stronie gwałtownym ruchem wylała mi szklankę wina na spodnie. Zrobiła to w reakcji na ogłoszenie pilota.
- Szanowni Państwo, tu mówi pilot. Mam dla Państwa niestety złe informacje. Bardzo złe.
- Jesus Christ! - krzyknęła moja amerykańska sąsiadka, a mąż chwycił ją kurczowo za rękę. Drugą ręką chwyciła za poręcz siedzenia po drodze uderzając w mój stoliczek i wylewając wino. Szlag by to - naprawdę dobre było. Znakomite australijskie Chardonnay nieznanej mi niestety marki.

A pilot kontynuował:
- Mam bardzo złe wieści dla pasażerów z Indii. W półfinale mistrzostw świata w krykiecie w Sydney Indie straciły szansę na zwycięstwo z Australią po 45 overze "after 45th over".
Cokolwiek to znaczy...

Dowcipas.

Ofiara krykieta

Lubię w Australijczykach to, że są uprzejmi uprzejmością nienachalną. W przeciwieństwie do Amerykanów, u których te wszystkie "hi; how are you doing today; how is it going buddy" są okraszone jakby zaprogramowanym, a przez to sztucznym uśmiechem. Wszystko wydaje się tam przesadzone. Chociaż i tak to lepsze niż polski smutek na twarzy i jakikolwiek brak kontaktu.

Lubię Australię też za to, że odległości liczy w kilometrach, wagę w kilogramach, a temperaturę w stopniach Celsjusza. W tej sytuacji jestem im w stanie wybaczyć dziwne gniazdka elektryczne i ruch lewostronny, do którego zresztą zdumiewająco szybko się przystosowałem.

Wczoraj po moich plażowych "odkryciach" astronomicznych, kiedy wreszcie zlokalizowałem północ, ruszyłem do Parku Narodowego Bouddie z przepięknym lasem eukaliptusowym na wysokiej skarpie nad brzegiem oceanu. Niestety, nie spotkałem żadnego misia Koala. A tym bardziej kangura. One mieszkają raczej w interiorze, na który w czasie tej podróży nie mam czasu. Mógłbym pójść w Sydney do ZOO, ale to byłoby raczej śmieszne. Nie będę udawał, że widziałem, skoro nie widziałem. Niech zostanie jakiś pretekst do powrotu tutaj.

Miejscem, do którego dotarłem najdalej na północ było pięknie położone na nadmorskich skalnych klifach miasteczko Terrigal. Później przez Gosford wróciłem do Sydney do tego samego Harbour Hostel, w którym nocowałem dwa dni temu. Innej opcji hotelu zresztą nie było, bo w Sydney mamy najazd kibiców - trwają właśnie mistrzostwa świata w krykiecie, bardzo popularnym w południowo wschodniej Azji, RPA, Australii i Nowej Zelandii. Nawet w moim 6-osobowym pokoju, dwóch dżentelmentów to Hindusi, którzy są tu po to by dopingować swoich. Twierdzą, że Indie mają wyjątkowo silną drużynę i przyjechały po zwycięstwo.

Oglądaliście kiedyś krykieta? Mnie zdecydowanie bliżej do krokietów. Z grubsza rzecz biorąc należy trafić skórzaną piłeczką w trzy pionowe paliki w czym przeszkadza gracz drużyny przeciwnej machając drewnianą łopatką. Upaszczając - gdyby machał okrągłym kijem, byłby to amerykański bejsbol. Yankesi zmienili zasady przyniesione przez brytyjskich osadników czyniąc grę bardziej interesującą. Really? Krykiet tymczasem pozostał popularny w krajach należących do Wspólnoty Brytyjskiej - czyli dawnych koloniach Zjednoczonego Królestwa.  

Lewostronnie przejechałem nieco ponad  300 km. Drogi piękne, a wszyscy jeżdżą bezpiecznie. Maksymalna prędkość na autostradzie to 110 km/h. Nie udało mi się zaobserwować nikogo, kto jechałby szybciej niż 120 km/h. Zdaje się, że te 10 km/h to granica tolerancji miejscowej drogówki.

Dzisiaj rano, w drodze na lotnisko zwariowała moja australijska Krystyna (tak nazywam każdą moją nawigację samochodową). Wydawała mi sprzeczne polecenia, a mapa na ekranie kręciła się w kółko. Jak nic dostała świra od tej jazdy po niewłaściwej stronie drogi. Reset nie pomagał, więc wreszcie wyłączyłem natrętną babę i jechałem na azymut.
W Nowej Zelandii, do której właśnie lecę ruch jest również lewostronny, ale może tamtejsza Krystyna będzie bardziej przytomna.

Na lotnisku dowiedziałem się, że nie wpuszczą mnie do NZ jeśli nie będę miał biletu powrotnego. Każdy odcinek kupowałem sobie do tej pory online w przeddzień wylotu, co dawało mi dużą elastyczność wyboru. A tu Pani z Qantas mówi mi, że jeśli chcę być wpuszczony do Nowej Zelandii to muszę teraz wykupić bilet na wylot z tejże. Takie przepisy. OK- zalogowałem się do systemu i zdziwiłem się mocno, bo wszystkie loty z Auckland na 30 i 31 marca są już niemal pełne. Kupiłem bilet ze świadomością, że za kilka dni mogę mieć problem z wydostaniem się z Nowej Zelandii. Będziecie przysyłać paczki?

Ale problem nielotu przyszedł szybciej niż się spodziewałem. Wróciłem do Pani z Qantas i dowiedziałem się, że mój lot do Auckland ma overbooking i ja z moim biletem typu "stand-by" będę nadal robił stand-by jeszcze co najmniej przez kilka godzin. Nie pomogły moje deklaracje, że mogę siedzieć na tzw. jump seat (siedzenia dla obsługi pokładowej), a nawet stać przez całe 3 godziny. Takie są uroki tańszych biletów w tym systemie.

Lotem o 10:55 więc się nie zabrałem. Następny samolot Qantas leci o 16:00. Ciągle jest w nim kilka wolnych miejsc. Może się uda. W sytuacji gdy zarówno "wlot" jak i wylot do Auckland są zagrożone, nie pchałbym się tam w ogóle gdyby nie fakt, że mam już wynajęty samochód i opłacony pierwszy nocleg. Niestety, w tej sytuacji dotrę do łóżka nie wcześniej niż o północy czasu lokalnego. Oby.

Z nudów zajrzałem do sieci, by się czegoś dowiedzieć o tych krykietowych mistrzostwach. I... wszystko stało się jasne. 11 Cricket World Cup trwają od 14 lutego do 29 marca (czy oni naprawdę potrzebują aż tyle czasu?) i są organizowane wspólnie przez Australię i Nową Zelandię. Bierze w nich udział 14 drużyn. Dzisiaj w Sydney grany jest półfinał pomiędzy Australią i Indiami. A dwa dni temu w pierwszym półfinale u siebie Nowa Zelandia pokonała RPA "czterema bramkami" a w zasadzie trafieniami w paliki (win by 4 wickets).

29 marca na Eden Park w Auckland Nowa Zelandia zagra w finale ze zwycięzcą dzisiejszego meczu. Może by tak pójść? Kiedy będę miał drugą szansę obejrzenia na żywo finału mistrzostw świata w krykiecie... O ile oczywiście są jeszcze dostepne bilety.

I ja naiwny chciałem po tych mistrzostwach znaleźć miejsce w samolotach lecących w kierunku Indii, w których mieszka ponad 1,2 mld mieszkańców, w tym jakiś miliard kibiców krykieta....

środa, 25 marca 2015

Co z tym słońcem?

Powyższy tytuł wpisu wbrew pozorom nie odnosi się do zapowiadanej fatalnej pogody. Szczęśliwie meteorolodzy pomylili się i od samego rana była pełna lampa. A może to też efekt tego, że jednak odjechałem od Sydney prawie 100 km na północ.

I dobrze. Tuż przy hotelu zaczyna się plaża Ettalong, by potem przejść w szeroką Umina Beach. Tak mi się dobrze szło w tym słońcu i wietrze, że dopiero po 5 km zatrzymała mnie skalna skarpa. Dalej drogi nie ma. Były za to piękne skały.

Położyłem się na jednej takiej płaskiej, rozgrzanej skale mając słońce dokładnie nad sobą. Wiatr mnie ukołysał. Kiedy się przebudziłem, od razu wiedziałem, że coś tu nie gra... Słońce zamiast "przesunąć się" w prawo, ewidentnie poszło w lewo. What the heck! Przecież słońce nie może zachodzić na wschodzie. Przedziwne uczucie.

Czy to możliwe, że na półkuli południowej nasza dzienna gwiazda przemieszcza się od prawej do lewej strony horyzontu? Po 100 metrach drogi powrotnej oświeciło mnie - to nie tylko możliwe, ale na półkuli południowej po prostu nie może być inaczej. I w głowie pojawił mi się taki oto prosty obrazek (w załączeniu). Dla ułatwienia umieściłem nas graficznie na tej samej długości geograficznej z Australią, ale to w tym ćwiczeniu nie ma znaczenia.

To najlepsza pora roku na takie rozważania. 21 marca mieliśmy bowiem tzw. dzień równonocy, kiedy i dzień i noc trwają po 12 godzin. Co więcej - w tym momencie słońce świeci pionowo nad równikiem. To dlatego tego zjawiska nie zauważyłem na Tahiti. Tam jest zbyt blisko równika - słońce świeci niemal w zenicie.

Na półkuli północnej przyzwyczailiśmy się do tego, że słońce o 12:00 w południe niezależnie od pory roku wskazuje dokładnie kierunek południowy. Kiedy wystawiamy do niego twarz, na lewej ręce mamy wschód, a prawa wskazuje zachód. Nasze słońce "przemieszcza się" po nieboskłonie od lewej do prawej. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Zawsze!

A taki Australijczyk, który żyje sobie na południe od równika, ma odwrotnie. Jemu słońce w środku dnia wskazuje dokładnie północ! Lewa ręka to kierunek zachodni, a prawa to wschód! No jasne. Oczywista oczywistość. Tylko dlaczego ja o tym nigdzie nie przeczytałem przez te wszystkie lata? Dlaczego zawsze do wszystkiego w życiu muszę dochodzić sam? ;-)


Jak zostałem weteranem wojennym

Dla porządnego WiFi człowiek może zrobić naprawdę wiele. Tuż obok mojego hotelu w Ettalong był klub. Ogromny. Od mojej recepcjonistki powziąłem informację, że w tym klubie jest internet, w dodatku bezpłatny i szybki. 

Starsza pani przy drzwiach: - Tak, mamy internet, ale musisz się zapisać do klubu, a jak już wejdziesz, to musisz coś zamówić - przynajmniej kawę...
OK, lubie kawę. Wypełniłem formularz rysikiem elektronicznym na ekranie. To musi być jakiś supernowoczesny klub....

Zamówiłem cappuccino. Zaniepokoił mnie trochę przekrój wiekowy klubowiczów. Chociaż z drugiej strony - zawsze to miło znowu poczuć się młodym. Zacząłem grzebać w komórce. I nagle rozległ się sygnał, a męski głos z głośników poprosił wszystkich o powstanie i zachowanie powagi.

Zerwałem się na równe nogi. Wszyscy znieruchomieli w pozycji "baczność"! 
- Uczcijmy pamięć tych, którzy walczyli i przelewali krew za nasz kraj, abyśmy mogli dzisiaj cieszyć się wolnością - powiedział głos z mocnym australijskim akcentem. Chwila ciszy, gong i można wrócić do kawy.

Zaintrygowany podpytałem kelnera, o co kaman.
- Czcimy tak codziennie o godzinie 11:00 pamięć wszystkich naszych poległych żołnierzy. 
Chciałem zapytać dlaczego codziennie, ale złagodziłem pytanie:
- Dlaczego o 11:00?
- Ze względu na różnicę czasu z Europą. Dokładnie o 11:00 naszego czasu pierwsi Australijscy żołnierze poszli po raz pierwszy w bój w I wojnie światowej. W ubiegłym roku obchodziliśmy 100-lecie!

Pierwsza wojna światowa to taki mit założycielski wykuwania się państwowości Australijczyków. To była ich pierwsza akcja militarna. Walczyli obok Brytyjczyków (Australia była wtedy ciągle brytyjskim dominium) przeciwko państwom centralnym, czyli Niemcom, Austro-Węgrom, Cesarstwu Bułgarii i imperium Osmańskiemu. Właśnie z wojskami tego ostatniego starli się w pierwszej bitwie - pod Gallipoli. Potem było jeszcze wiele bitew, a cenę zapłacili ogromną. Z 416 tys. żołnierzy, do domu nie wróciło 60 tys., a 152 tys. zostało rannych.

I w ten oto sposób po raz kolejny w swoim życiu stanąłem po właściwej stronie. Zostałem członkiem Ettalong Diggers Club, skupiającego potomków bohaterów spod Gallipoli. Żeby jeszcze wzmocnić moje poparcie dla słusznej sprawy, zamówiłem przegrzebki.