piątek, 3 kwietnia 2015

Singa Pura

Trwający zaledwie 50 minut lot z Kuala Lumpur do Singapuru to najkrótszy odcinek na mojej trasie podróży. O ile z Sydney samolot był wypełniony do ostatniego miejsca, o tyle teraz dużą, 150-miejscową maszyną Malaysian Airlines leci zaledwie 40 osób. Miejsca można sobie wybierać dowolnie.

Dwie urocze stewardesy twierdzą, że zazwyczaj jest dużo więcej pasażerów. Statystyki pokazują jednak, że po ostatnich dwóch tragicznych wydarzeniach - zaginięciu MH370 i zestrzeleniu nad Ukrainą MH17 ludzie starają się omijać tego przewoźnika jako dotkniętego straszliwym fatum. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić gorsze zrządzenie losu dla firmy lotniczej. Malaysian Airlines, skądinąd solidne linie lotnicze, ciągle walczą o przetrwanie.

Czym mnie przywitał Singapur? O tej porze roku jednego można być tu pewnym, że popołudniu na pewno spadnie deszcz. Rano, stojące w zenicie słońce (Singapur leży niemal dokładnie na równiku), powoduje przyspieszone parowanie i po południu błyskawicznie zbierają się chmury. A ulewie towarzyszą wyładowania atmosferyczne. Dlatego, zarówno w Kuala Lumpur jak i w Singapurze szanujące się instytucje i hotele mają szerokie zadaszenia, pod które podjeżdżają taksówki.

Zatrzymałem się w Chinatown, w hostelu, który wypatrzyłem jeszcze przygotowując się do lotu z Sydney. Chic Capsules Hostel, ma bardzo wysokie oceny na booking.com i przyznać muszę - w pełni zasłużone. Wybrałem to miejsce bo zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądają te sypialne kapsuły znane z doniesień z Japonii.

Całości dogląda sympatyczny młody człowiek, z pochodzenia Chińczyk - sądząc po biegłości rozmowy z gośćmi z Państwa Środka. Na powitanie szklaneczka zmrożonej herbaty jaśminowej. Zabieg genialny, biorąc pod uwagę, że turyści przychodzą tu ciągnąc bagaże, wykończeni podróżą i upałem.

W całym hoteliku obowiązuje zasada bosej stopy. Buty zostawia się w specjalnych pojemnikach przy wejściu. Kapsuły są dwupiętrowe - ja mam górny pokład. To  "odgrodzone" ze wszystkich stron łóżko z własnym światłem, gniazdkiem i płaskim telewizorem, który ogląda się ze słuchawkami na uszach. Kiedy na noc opuści sie roletę, człowiek ma wrażenie przyjemnego odosobnienia. W klimatyzowanej koedukacyjnej sali naliczyłem 14 takich kapsuł. Czyste łazienki z prysznicami są piętro niżej, niestety tu już klimatyzacji nie ma, co powoduje, że przypominają łaźnię parową.

Singapur to przykład na to, że dyktatura może być dobra, jeśli tylko trafi się na dobrego dyktatora, który w dodatku ma wizję tego co należy zrobić. To miasto-państwo powstało jako placówka handlowa wydzierżawiona w 1819 roku od sułtana Johoru przez brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską. Swą nazwę zawdzięcza złożeniu dwóch sanskryckich słów: Singa (lew) i  Pura (miasto). Brytyjczykom spodobało się tu, bo ostatecznie siedem lat później wykupili od sułtana ten teren.

Tak naprawdę jednak miasto w dzisiejszym kształcie to dzieło jednego człowieka, który zresztą niespełna dwa tygodnie temu był żegnany z wielkimi honorami - zmarł 23 marca 2015 roku w wieku 91 lat. Ludzie stali po 10 godzin w kolejce by móc mu oddać hołd. Z własnej, nieprzymuszonej woli.

Lee Kuan Yew objął rządy w 1959 roku, kiedy Singapur był sennym miasteczkiem położonym na błotnistej wyspie z fatalnym klimatem i bez jakichkolwiek bogactw naturalnych. Mieszkali tu różni ludzie - Malajowie, Chińczycy, Hindusi, Indonezyjczycy i Brytyjczycy - pamiątka po czasach imperium brytyjskiego. Wszyscy oni nie mieli ani wspólnego języka, ani poczucia wspólnej tożsamości.

W pierwszych latach Yew widział szansę na rozwój w ramach Federacji Malajskiej, ale Singapur... nie spełnił warunków i nie został do niej przyjęty. To niepowodzenie stało się początkiem obecnego sukcesu. Yew zebrał wokół siebie grupę bezwzględnych technokratów, absolwentów renomowanych uczelni z całego świata i wspólnie z nimi zaplanował miasto-państwo w najdrobniejszych szczegółach.

Korzystając ze strategicznego położenia na szlaku z Europy do południowo-wschodniej Azji i Australii, stworzył tu potężny węzeł komunikacyjny i ośrodek handlowy. Rozsądną polityką imigracyjną ściągał najbardziej pożyteczne jednostki, otwierał możliwości do rozwoju talentów. Otworzył drzwi dla wielkiego kapitału przy jednoczesnej dbałości o edukację, służbę zdrowia i opiekę społeczną. Motorem napędowym rozwoju gospodarki stały się wielkie projekty infrastrukturalne - jedna z najlepiej rozwiniętych na świecie sieci metra, nowoczesne drogi i wielkie lotnisko Changi.

Opozycję dusił w zarodku - w pewnym momencie stanowiło ją zaledwie kilka osób nie mających zresztą nic do powiedzenia poza pisaniem listów protestacyjnych. Krytkowany przez demokratyczny świat, zwłaszcza zachodnie ruchy liberalne, konsekwentnie robił swoje. Dzisiaj w księgarniach lotniskowych można kupić kilka jego książek pod hasłem "jak osiągnąć sukces", a Singapur jest niekwestionowanym liderem w regionie, nie tyle gospodarczym tygrysem, co - zgodnie z jego herbem - silnym lwem.

To piąty najbogatszy kraj świata z jednym z najwyższych wskaźników poziomu życia i wykształcenia mieszkańców. Na terenie niewiele większym od Warszawy (716 km kw. vs 517 km kw) żyje ich 5,5 miliona, czyli o milion więcej niż w całej Nowej Zelandii. Nadal nie mają wspólnego języka, chociaż tę funkcję - zresztą zgodnie z zamysłem Yewa - w coraz większym stopniu spełnia angielski. Mają już za to bardzo silną własną tożsamość narodową. I dumę z własnych osiągnięć.

Lee Kuan Yew miał zasadniczy wpływ na życie Singapuru przez ponad pół wieku. Najpierw od 1959 do 1990 roku był premierem merytokratycznego rządu. Potem jego sukcesor Goh Chok Tong mianował go tzw. Senior Ministrem, co de facto odpowiadało jego nadrzędnej roli. Funkcję tę pełnił do 2004, kiedy premirem został... jego starszy syn Lee Hsien Loong. Yew otrzymał wtedy kolejną funkcję Ministra Mentora, którą pełnił aż do 2011 roku. W kolejce do rządów czeka już młodszy syn Yewa.

Singapur to miasto młode i prężne. Eleganccy ludzie różnych ras w metrze zanurzeni w swoich notebookach i smartfonach z bezprzewodowymi słuchawkami na uszach. Po mojej lewej stronie piękna, młoda dziewczyna, chyba z pochodzenia Malajka, o niewątpliwie powiększonych operacyjnie piersiach i ustach uwydatnionych botoksem, surfuje po Facebooku. Czego tam nie ma - selfie właścicielki, jakaś impreza, wakacje na plaży; teksty po malajsku, chińsku i angielsku.

Siedząca naprzeciwko mnie drobniutka chińska staruszka przesiada się na miejsce po mojej prawej. I natychmiast zaczyna rozmowę od prostego: skąd jesteś? Piękny angielski niemal bez obcego akcentu, co nie jest tutaj powszechną zasadą. Mieszka w Singapurze od urodzenia. - To zupełnie inne miejsce niż kiedyś, wszystko pędzi. Ale nie ma biedy, no i - zwyczajnie - jest pięknie - mówi z dumą.

Ma szóstkę dorosłych dzieci, które skończyły wyższe studia i rozjechały się po świecie - mieszkają w Los Angeles, na Hawajach, w Australii. Niedługo będzie zjazd rodzinny, więc nacieszy się wnukami.

Siedząca po drugiej stronie nowoczesnego wagonu jej koleżanka podniosła alarm, że powinny już wysiąść. - Jest cztery lata starsza ode mnie, ma 80 lat i już jej się czasem coś miesza - mówi ze śmiechem moja sąsiadka. Komplementy pod swoim adresem przyjmuje z wdziękiem nastolatki. Po czym bardzo dokładnie, z matczyną wręcz troską, instruuje mnie gdzie mam wysiąść i co powinienem w mieście zobaczyć. Żegna się machając ręką z taką energią jakbyśmy znali się od wielu lat. Drugą ręką popycha jednocześnie nieco niezborną koleżankę.

Dla kogoś, kto na zwiedzenie Singapuru ma zaledwie jeden dzień, to jednak nie metro jest najlepszym rozwiązaniem, a - podobnie jak w Sydney - odkryte autobusy City Sightseeing. Z tym, że tutaj ma się do dyspozycji trzy linie i nielimitowaną liczbę przesiadek. Bilet kupiony ze zniżką w hostelu (25 dolarów singapurskich) załatwił mi cały dzień przemieszczania się po mieście. Chociaż przyznać muszę, że dużo nie pojeździłem, bo jedno miejsce tak mnie zachwyciło, że utknąłem tam na dłużej...

Marina Bay Sands to niezwykły hotel składający się z trzech wież wspinających się w niebo, przykrytych i połączonych wielką 340 metrową deską surfingową, na której bez poczucia tłoku może przebywać jednocześnie 3400 osób i korzystać na przykład ze 150 metrowego basenu, którego lustro wody znajduje się 191 metrów nad powierzchnią gruntu. Są tam też najdroższe apartamenty, restauracje i park z pełnowywymiarowymi palmami. To najdroższy budynek świata wyceniany na 8 mld dolarów. Mieści się w nim hotel na 2561 pokoi, 120 tys. metrów kwadratowych powierzchni konferencyjnej i wystawienniczej, 74 tys. m kw. powierzchni sklepowej, muzeum, dwa duże teatry, siedem znakomitych restauracji, dwa pływające pawilony, tor dla rolkarzy i wreszcie największe na świecie kasyno z 500 stolikami i 1600 maszynami do gry.

Po wejściu do budynku - zaskoczenie - jest pusty w środku (to właśnie te powierzchnie wstawiennicze), a wielkie przeszklenia po bokach dają dużo światła i poczucia przestrzeni. Przez środek budynku, na wysokości 6 piętra prowadzi kładka wiodąca do pięknego, baśniowego wręcz parku...


Błotniste ujście

Zgadnijcie, co mnie przywitało w Kuala Lumpur. Oczywiście - deszcz. Nie jakiś tam deszczyk, ale ulewa. Mój słynny worek na plecak po raz kolejny potwierdził swoją przydatność - przyjechał na taśmie całkowicie mokry, ale jego zawartość była sucha. Trafiłem do niego idąc za znakami "Tutuntan bagasi". Uroczy jest ten język malajski. 

Mówi się, że Malezja to nowy azjatycki tygrys ekonomiczny. Potwierdzam. Supernowoczesne lotnisko, znakomity dojazd do centrum dzięki taniemu i czyściutkiemu pociągowi KLIA Express. Miasto przypomina tuskową Polskę w budowie. Ale ze znacznie większym rozmachem. Mnóstwo rozpoczętych robót zarówno jeśli chodzi o drogi jak i wieżowce. W centrum wyburzane są budynki z gorszych czasów by zrobić miejsce pod nowe wysokościowce. Beton, stal i szkło. Ale widać też dbałość o zieleń i miejsca do rekreacji.

Taksówkarze uczciwi i działają wg. taksometru. Usłużni, na moje oko wręcz nadmiernie. Podobnie jak panowie w białej liberii przy wejściu do hotelu Majestic. Tak - zaszalałem. Mocne 5 gwiazdek, a w cenie warszawskich 3*, albo jak kto woli - najtańszego hotelu w Nowej Zelandii. Wielki hol w marmurach, duży piękny basen na 4 piętrze, znakomite śniadania. Mój pokój na 12 piętrze wielkości polskiego M4 z przeszkloną łazienką i 40-calową plazmą nad wanną. Elegancko, ze smakiem, czysto i cicho. To najlepszy mój hotel w czasie całej podróży. I jeden z tańszych.

Dodatkowo bezpłatny transfer do głównych atrakcji. Jako, że na Kuala Lumpur miałem zaledwie 20 godzin, wliczając w to transfer z/na lotnisko, nocleg i... godzinę na basenie, to każde ułatwienie było mile widziane.

Hotel zapewnia autokar co godzinę niezależnie od liczby podróżnych. Miałem go więc do swojej wyłącznej dyspozycji. Trasa hotel - wielkie centrum handlowe - Starhill Gallery. Gucci, Prada, Armani i inne najdroższe marki. Obok eleganckie hotele Westin i Marriott oraz wciśnięta w tę nowoczesność chińska świątynia z 1940 roku. Wielkie neony, rozmach i bogactwo.

Można stąd dojść do słynnych Petronas Towers. Ale nie chodnikiem przy ulicy. Na chodniki nie wystarczyło miejsca w tej plątaninie ulic i budynków. Malezyjczycy wybudowali więc 10 metrów nad ziemią zamknięte pasaże, zupełnie jak przejścia na lotnisku. Eleganckie, z rozgałęzieniami i - co najważniejsze - klimatyzowane. Całe szczęście, bo trudno się tu oddycha. Problemem jest nie tyle temperatura (stałe 32°C w dzień i 26°C w nocy), co wilgotność sięgająca powyżej 90%. Sto metrów spaceru i człowiek jest mokry od potu. A potem wchodzi do klimatyzowanej restauracji lub sklepu, gdzie jest permanentny przeciąg zasilany polarnym wiatrem ze Spitsbergenu. Tak przynajmniej przypuszczam. Kontrast niesamowity. Na szczęście mnie nic nie bierze - ani przemarznięcie na Hawajach, ani kompletne przemoczenie na Nowej Zelandii.

Pasaż prowadzi przez ponad dwa kilometry aż do wielkiego centrum konferencyjnego KL Convention Centre. Przechodząc obok kawiarni usłyszałem język polski. Po raz pierwszy od 20 dni! Dwie sympatyczne Panie przyjechały na odbywające się tu azjatyckie targi żywnościowe Halal. Reprezentują firmę "Global-Champ" spod Siedlec specjalizującą się w produkcji pieczarek. Czy to nie piękne, że takie firmy zdobywają Azję. Słusznie. Rozpychajmy się na rynkach.

W tym samym budynku mieści się też miejscowe "akwarium" z mnóstwem morskich zwierząt nie tylko z tej strefy klimatycznej, które można oglądać przez panoramiczne szyby. Tuż obok elegancki Hyatt. Z jego okien roztacza się widok na pięknie zagospodarowany KLCC Park (Malezyjczycy najwyraźniej lubią skróty literowe) i stojące za nim bliźniacze wieże.

Kuala Lumpur bez Petronas Towers byłoby tym, czym Sydney bez słynnej opery. To absolutna atrakcja numer jeden. Swego czasu najwyższy budynek na świecie o wysokości 452 metry i 88 zagospodarowanych piętrach. Nadal posiada jednak dwa rekordy: to najwyższe na świecie DWIE bliźniacze wieże i najwyżej zawieszony dwupiętrowy łącznik pomiędzy nimi (na 41 i 42 piętrze). Idealny do kręcenia filmów akcji - pamiętam, że rozgrywa się tutaj fragment jednego z Bondów.

Zaledwie 31 metrów niższa jest wieża radiowo - telewizyjna KL Tower z obracającą się restauracją "Atmosphere 360°". Co ważniejsze - stoi w środku rezerwatu obejmującego las deszczowy  (KL Eco-Forest Park). Ostatni taki kawałek w obrębie miasta.

Inne miejsca, które odwiedziłbym, gdybym był miał trochę więcej czasu:
- muzeum i ogrody botaniczne Perdana,
- Chinatown,
- Bukit Bintang - tradycyjny obszar malajskich sklepów, restauracji i barów,
- Dwie świątynie: hinduistyczną (Sri Maha Mariamman) oraz chińską (Guan Di). 

Całkiem nieźle jak na osadę założoną w 1857 roku. Wtedy to radża Abdullah z rodziny władców królestwa Selangor zgodził się by Brytyjczycy mogli zagospodarować dolinę Klang - wtedy odstręczającą, wilgotną i błotnistą. Z grupy 87 Chińczyków sprowadzonych tutaj do pracy w pobliskiej kopalni cyny przeżyło zaledwie 18, ale osada przetrwała. Pojawili się handlarze, którzy założyli pierwsze sklepy. Dla zachowania porządku Brytyjczycy wyznaczyli chińskiego "Kapitana". Znakomitym wyborem był drugi Kapitan o imieniu Yap, który otworzył pierwsze w Malezji szkoły publiczne i schroniska dla bezdomnych. Ściągnął tez farmerów, którzy osiedlili się wokół miasta. Dzięki temu zapewnił stałe dostawy żywności.

Pożarowi, który zniszczył miasto w 1881 roku "zawdzięczamy" większość obecnych zabytków, gdyż od tego momentu zaczęto budować głównie z cegieł, by uniknąć podobnych tragedii.

Kuala Lumpur znaczy po malajsku "błotniste ujście". Mało zachęcająca nazwa. Ale ośrodek ten rozwijał się tak szybko, że dokładnie sto lat od powstania pierwszej osady, w 1957 roku stał się stolicą Federacji Malajów. W 1963 roku kraj zmienił nazwę na Federację Malezji.

Obecnie Kuala Lumpur pod względem liczby mieszkańców jest miastem dokladnie wielkości Warszawy. Rozwija się w szalonym tempie 10% przyrostu gospodarczego rocznie. Niestety, za tym rozwojem nie nadąża budowa dróg i transportu publicznego. Dlatego, jazda samochodem po jego ulicach (po lewej stronie zresztą) to droga przez mękę. Taka jest cena szybkiego bogacenia się.

To wszystko nie zmienia faktu, że pod względem obyczajowym to kraj bardzo konserwatywny w porównaniu choćby do sąsiedniego Singapuru. I kraj zdecydowanie muzułmański. Większość kobiet nosi chusty dokładnie zakrywające włosy, a niektóre odsłaniają tylko oczy. Rekompensują to sobie mocnym makijażem i jaskrawo malowanymi paznokciami, a chusty spinają rzucającymi się w oczy złotymi spinkami.

Firma Petronas, która wybudowała bliźniacze wieże to miejscowy gigant naftowy, który eksploatuje złoża ropy położone w szelfie kontynentalnym u wybrzeży Malezji i jej części położonej na wyspie Borneo, czyli Sarawaku. Jako, że było to zgodne ze strategią firmy, w Kuala Lumpur wybudowano tor Formuły 1, na którym co roku ścigają się najlepsi kierowcy świata. Jest to jeden z najciekawszych wyścigów sezonu ze względu na nieprzewidywalną pogodę. Zazwyczaj w czasie tych wyścigów pada deszcz, czasem kilkakrotnie.

Zupełnie tak jak dzisiaj. Te zadaszone przejścia są świetnie pomyślane - zaczęło lać o godzinie 13:00. Padało przez godzinę, ale wody spadło pewnie tyle ile w Polsce przez dobę ciągłego deszczu. Taksówkarz uspokoił mnie, że teraz to wcale dużo nie pada - znacznie gorszy jest listopad. Po godzinie wyszło słońce i wszystko zaczęło błyskawicznie parować. Po kolejnych 40 minutach znowu lunęło - tak na pół godziny. Kiedy jechałem już pociągiem na lotnisko,  znów świeciło słońce. Startowaliśmy o 16:30. W deszczu.

środa, 1 kwietnia 2015

Płaszczka, czyli motyl

Właśnie dostałem maila z przypomnieniem, że we wtorek 7 kwietnia mam się stawić do nowej pracy o godzinie 8:30 wraz z mnóstwem wypełnionych dokumentów i formularzy oraz wynikami badania lekarskiego. To brutalnie uzmysłowiło mi, że kończy się pewna historia. Jeśli dziś jest środa to za dwa dni muszę wylądować w Warszawie. Co wtedy? Co ja zrobię z tym blogiem?

No ale popracować trzeba. Czasem...
- Ja bardzo lubię swoją pracę - powiedział muskularny Maorys wytatuowany od stóp do głów. W ośrodku Wakarewarewa (bardzo mi się podoba ta nazwa) koło Rotorua zajmował się tatuażami właśnie. Tak jakoś nam się dobrze rozmawiało, że namówił mnie na lokalny wzór. A może to wina jego pięknej asystentki?

Nie pisałem Wam wcześniej o tym - przywiozę pamiątkę. Płaszczka, albo jak kto woli, motyl. 
Mam nadzieję, że nowy pracodawca nie będzie miał nic przeciwko temu. I rodzina też...

Carpe diem

Byłem tak blisko australijskiego interioru, a nie postawiłem na nim stopy. Konkretnie, byłem od niego 11 kilometrów. Tyle, że w pionie. Patrząc przez okno na to spalone słońcem bezkresne pustkowie próbowałem sobie wyobrazić pierwszych odkrywców tych ziem. Jakie trudności musieli pokonać i jak często czekały ich rozczarowania.

Był wśród nich pamiętany tu i szanowany Paweł Edmund Strzelecki, który przeszedł australijski kontynent ze wschodu na zachód i przez wiele miesięcy prowadził badania. Zostawił po sobie piękną pamiątkę - nazwał najwyższy szczyt Australii Górą Kościuszki i o dziwo ta dziwna nazwa się przyjęła. Mount Kosciuszko ze swoim wzrostem 2228 m npm. jest drugim najwyższym wzniesieniem w całej Oceanii. Wyższy jest tylko... Mont Orohena na Tahiti (2241 m npm.).

A propos - pamiętacie sprytną królową Pomare na Tahiti. Wspomniany Strzelecki spędził na Tahiti kilka miesięcy od października 1838 do stycznia 1839. Zaprzyjaźnił się bardzo z wielką królową Pomare i pomógł jej zreformować system sądowniczy. Niestety, były to ostatnie lata niepodległości Królestwa Tahiti zanim rywalizację o "nadzór" nad wyspami wygrali Francuzi.

Siedząc w samolocie Malaysian Airlines MH122 nie sposób nie pomyśleć o innym locie MH370, który ponad rok temu zniknął z radarów niedługo po starcie i do tej pory nie odnalazła się nawet jego najmniejsza cząstka. Wiadomo tylko, że leciał przez wiele godzin i ze spadł najprawdopodobniej do Oceanu Indyjskiego.

Odruchowo rozejrzałem po moim samolocie z Sydney do Kuala Lumpur -  pełen przekrój: Europejczycy, Azjaci, Australijczycy, rodziny, matki z dzieckiem, turyści, biznesmeni, zakochane pary, emeryci. Właśnie tacy ludzie byli także w TAMTYM samolocie. Wsiedli tak jak my, jedni zmęczeni, inni radośni i roześmiani. Mogli wsiąść do innych samolotów, ale akurat wybrali ten. Przypadek. Mieli po prostu straszliwego pecha.

Podobnie jak inni pasażerowie Malaysiana, którzy wsiedli w Amsterdamie do MH17, zastrzelonego potem nad Ukrainą. Dlaczego właśnie oni...

Nie sposób także nie pomyśleć o tych, którzy lecieli airbusem Germanwings, który rozbił się ostatnio w Alpach. W tym przypadku przynajmniej wiadomo, co się stało, jaką była tego przyczyna. Trafili poprostu na pilota psychopatę, który w ten widowiskowy sposób popełnił samobójstwo zabierając przy okazji ze sobą 149 kompletnie przypadkowych osób, które miały pecha wybrać ten a nie inny samolot.

A co się stało z MH370? Moim zdaniem to też było rozszerzone samobójstwo pilota. Miejscowe media w Kuala Lumpur pisały, że dwa dni wcześniej opuściła go żona i zabrała dzieci, które były dla niego wszystkim. Stracił z oczu cel życia. Może był w depresji - przecież przez ostatnie tygodnie im się nie układało...

Oczywiście wiele osób przeżywa takie sytuacje, nie znaczy to, że są zdolni do tak szalonych czynów. Jest jednak grupa ludzi, podobno rosnąca, która ma po prostu bardzo nisko zawieszony próg odporności. Jak szklanka z meniskiem wypukłym. Wystarczy jedna dodatkowa kropla i "się przelewa".

Bardzo prawdopodobne, że pilotowi Malaysian właśnie wtedy się przelało. Może gdy drugi pilot wyszedł z kabiny, przyszedł mu do głowy ten straszliwy pomysł.

Mogło być tak:

Drugi pilot wychodzi z kokpitu. Pierwszy zamyka drzwi i wyłącza transponder, dzięki któremu samolot wysyła sygnał "tu jestem". Teraz znika z radarów (i aplikacji FlightRadar, dzięki której każdy na bieżąco może śledzić ruch lotniczy - polecam). Pilot zmienia kurs. Dokonuje dekompresji kabiny. Można z samolotu po prostu wypuścić powietrze. Na wysokości 11 km nie ma czym oddychać. Wypadają maski tlenowe, tylko, że one wystarczają na pół godziny. W kabinie pilot ma do dyspozycji tlen wystarczający na 3 godziny lotu.

Nawet jeżeli drugi pilot lub pasażerowie próbują się dostać do kokpitu, to nie sforsują drzwi. Po zamachach 11 września ze względów bezpieczeństwa  zmieniono przepisy. Kokpitu żadnego samolotu nie da się otworzyć bez specjalistycznego sprzętu. To samo było z niemieckim airbusem. Nikt nie przewidział, że bezpieczeństwa lotu trzeba będzie bronić przed pilotami.

Tymczasem samobójca z MH370 po uśpieniu (uduszeniu) pasażerów i reszty załogi ustawił autopilota na konkretny kurs. Samolot mógł tak lecieć samodzielnie aż do wyczerpania paliwa. Po 8 godzinach maszyna spadła gdzieś do Oceanu Indyjskiego na południowy-wschód od Australii. Prawdopodobnie ten samolot nigdy nie zostanie odnaleziony. Ocean ma tam 5 km głębokości.

Jaki straszliwy przypadek rządzi naszym życiem. Można pewne rzeczy planować, starać się, walczyć, ale nie można mieć czegoś NA PEWNO. Bo jest jeszcze ten cholerny przypadek. I oczywiscie nie dotyczy to wyłącznie samolotów.

Dlatego drodzy Państwo, trzeba się cieszyć chwilą. Nie odkładać na później marzeń i rozmaitych przyjemności. Owszem, należy myśleć o tym co przed nami, ale tak się składa, że w danej chwili jest tylko tu i teraz. Nie ma tego co było i tego co będzie. A to jak przeżywamy chwilę obecną jest jedynym konkretem. Całe nasze życie składa się właśnie z takich chwil.

Hope for the best. Bierz co jest!

wtorek, 31 marca 2015

Jak stałem się (chwilowym) nielotem...

"Cieszyłem się, że będąc tak blisko Hadesu, mogę mimo wszystko stamtąd wrócić" - powiedział o swej wizycie w Rotorua George Bernard Shaw.

To rzeczywiście teren podwyższonego ryzyka. W tej okolicy co chwilę widać unoszące się opary jakby miejscowa ludność zajmowała się zawodowo palenienlm ognisk. Kupując działkę budowlaną przede wszystkim trzeba ją  obwąchać a i to nie daje gwarancji, czy któregoś pięknego dnia na tarasie nie wybuchnie nam gejzer, a w miejscu piaskownicy nie pojawi się krater z bulgocącym błockiem.

Razem z Krystyną przejechaliśmy po Wyspie Północnej dokładnie 915 km. Bez samochodu zobaczyłbym bardzo niewiele. To praktycznie jedyna opcja, chyba, że ktoś chce zapłacić 2000 NZD za tygodniową zorganizowaną wycieczkę. No ale wtedy jest się zależnym od reszty turystów.

Tak czy inaczej Nowa Zelandia jest warta swej sławy, a ja przez 4,5 dnia widziałem przecież zaledwie jej niewielki wycinek. Na dokładne zwiedzenie nie starczyłoby pewnie moich 24 dni przeznaczonych na tę wyprawę. No ale, jak to mówią - piece of something is better than all of nothing!

Ostatnie kilometry przed lotniskiem stały się nerwowe bo stacja benzynowa, do której zmierzałem, była zamknięta (cześć biznesów bierze sobie w poniedziałek wolne). A że wynająłem auto w systemie full-to-full, musiałem poszukać innej stacji. Ale i tak niepotrzebnie się spieszyłem, bo pan z Emirates kazał mi czekać by sprawdzić czy zmieszczę się do tego samolotu do Sydney.

A samolot to niesamowity. Dwupokładowy Airbus 380-800, wielka, przestronna maszyna i zadziwiająco cicha jak na taką masę. Chciałem zobaczyć jak wygląda górny pokład, ale obsługa nie pozwoliła.
- Za każdym razem ktoś chce obejrzeć. Gdybyśmy na to pozwalali, to musielibyśmy oprowadzać wycieczki. Poza tym pasażerowie klasy First i Biznes ulokowani na górnym pokładzie płacą między innymi za spokój - wyjaśniła mi szczupła, wysoka stewardesa wyglądająca na Europejkę (jak się później okazało - Niemka). Sfotografowałem tylko schody na górę.

Ale klasa ekonomiczna jest wystarczająca komfortowa, a serwis pokładowy znakomity - świetny ciepły posiłek. Miałem wrażenie, że fotele  ustawione w systemie 3-4-3 otrzymały po kilka centymetrów więcej szerokości niż w innych maszynach, co potęgowało poczucie przestronności. Bardzo podobało mi się to, że moment startu i lądowania był pokazywany na ekranach pasażerów za pośrednictwem kamery umieszczonej na dziobie samolotu.

Na pokładzie 494 pasażerów i 18 osób personelu pokładowego wyłącznie płci żeńskiej. Panie reprezentowały 10 narodowości i łącznie mówiły w kilkudziesięciu różnych językach. Wszystkie jak z konkursu piękności - w seksownych, obcisłych beżowych spódnicach z bordowymi rozcięciami - w kolorze identycznym co mocna szminka na ustach oraz w równie obcisłych lekko prześwitująchych białych bluzkach. Zaraz, zaraz, czy to są linie reprezentujące kraj muzułmański, w którym kobiety w większości zakrywają nie tylko nogi i ręce ale też twarze?

Szkoda, że lot z Auckland do Sydney trwał tak krótko. Teraz muszę odebrać bagaż i "nadać się" raz jeszcze na lot Malaysian Airlines do Kuala Lumpur,  który mam za 2,5 godziny. Nie mogłem tego zrobić w Auckland, bo ten drugi odcinek mam niepotwierdzony. I rzeczywiście - jest overbooking. Dzisiaj nie polecę. Pani z Malaysian mówi,  że jutro też nie ma szans i pojutrze też nie. Oczywiście mogę przychodzić na każdy lot i próbować...

Jest 21:00 a ja potrzebuję WiFi. Pogodziłem się już, że Kuala Lumpur znajdzie się poza moją trasą. Kupiłem zatem w systemie bilet z Sydney do Singapuru na jutrzejszy lot przedpołudniowy, w którym było jeszcze kilka wolnych miejsc. Znalazłem sobie nawet fajny i całkiem niedrogi hotel w Singapurze, ale na wszelki wypadek jeszcze go nie rezerwowałem. Na razie wziąłem nocleg na dzisiaj przy dworcu kolejowym Central w Sydney - stary ale fajny Royal Exhibition Hotel.

Kiedy rano przyjechałem odprawić się do Singapuru, Pan z Quantasa skrzywił się i zagadał z francuska "marne szanse". Siedząca obok pani dała jednak nadzieję - coś się znajdzie. Na razie poleciła mi zmienić spodnie na długie bo jestem niezgodny z "dress code" linii Quantas. Kiedy przybiegłem w przepisowowym outficie, dowiedziałem się, do Singapuru też nie polecę. Może nastepnym lotem - łapię się do składu jeśli do odprawy nie zglosi się co najmniej 3 pasażerów. W podobnej sytuacji znalazła się nowozelandzka para. Przy okazji wyjaśniło się skąd ten tłok w samolotach. Nie stałem się ofiarą krykieta, tylko tradycyjnych jesiennych 2-tygodniowych ferii szkolnych, które w Australii właśnie się zaczęły.

Siedzę więc sobie w kawiarni i stukam te słowa. 

Następny lot do Singapuru Quantas wykonuje o 17:00 więc z głupia frant poszedłem jeszcze do Malaysiana, który kolejny lot do Kuala Lumpur ma o 14:40. I co? Kolejna wolta. Biorę ostatnie miejsce. Wyląduję dzisiaj jednak w Malezji, a nie w Singapurze. Życie cały czas niesie niespodzianki. Jest jak pudełko czekoladek. Z tym, że niektóre są gorzkie.
Biegnę!



Aoteraoa - Kraina Długich Białych Obłoków

"Życie poczęło się w czasie długiej nocy zwanej Te Po z pierwszych rodziców: Rangi, ojca nieba i Papa, matki ziemi. Tane, ich najstarszy syn - bóg lasów - wyrwał się w ciemnościach spod władzy rodziców i podjął walkę, żeby ich rozdzielić. Wtedy Rangi zapłakał nad swoim losem. Jego łzy spłyneły na Papa, czyli jego towarzyszkę ziemię tworząc jeziora i oceany..."

Tyle Maoryska legenda. Prawda, że podobna do tej z wysp Polinezji, którą przytoczyłem będąc na Tahiti? Nic dziwnego - pierwsi ludzie dotarli do Nowej Zelandii właśnie stamtąd - konkretnie z Wysp Towarzystwa i z Markizów. Pojawili się tam dopiero około 1000 roku naszej ery. To najpóźniej (nie licząc Antarktydy) skolonizowany przez człowieka duży ląd na Ziemi.

Niespełna 800 lat później nieświadomy tego, tę samą drogę z okolic Tahiti pokonał niezmordowany James Cook i w 1769 roku przybił do Wyspy Północnej. W ciągu kilku miesięcy dokładnie zbadał wybrzeża obu wysp, a jego doskonałe mapy służyły żeglarzom przez następne 150 lat.

Znowu jednak - jak w przypadku Australii - pierwsi byli Holendrzy. A konkretnie Abel Janszon Tasman, który przypłynął tu w 1642 roku. Holendrzy, wrogo przywitani przez tubylców, skoncentrowali się na kolonizowaniu Indonezji, a europejskie statki nie wróciły tu aż przez 127 lat, kiedy pojawił się wspomniany Cook. Dzisiaj, imię holenderskiego odkrywcy nosi Tasmania, duża wyspa u wybrzeży Australii, którą odkrył po drodze, a także morze na wschód od niej. Tasman nazwał odkryte przez siebie wyspy Neuw Zeeland (od regionu w Holandii). Nazwę tę potem zangielszyczył Cook i jego następcy.

Ale wróćmy jeszcze do Maorysów. Ich legenda założycielska głosi, że przodkowie Māori przybyli tu w 40 pełnomorskich drewnianych kajakach waka z krainy zwanej Hawaiiki. Wśród pierwszych kolonizatorów był niejaki Kupe, który nazwał nowy ląd Aotearoa - Kraina Długich Białych Obłoków.

Gdzie jest mityczna Hawaiiki? Ten termin wskazywałby na Hawaje, ale ich nazwa też jest wtórna. Bardziej prawdopodobne, że to jedna z wysp Markizów bądź Wysp Towarzystwa. Maorysi wierzą, że po śmierci ich dusze wędrują do pięknej Hawaiiki. Stamtąd też przybywają, gdy rodzi się dziecko. W ten sposób życie zatacza koło.

Pierwsi ludzie na wyspach Nowej Zelandii zastali kompletnie inny, nieznany im świat. Wyspy izolowane przez 80 mln lat - kiedy oddzieliły się od prakontynentu Gondwany - wykształciły wiele gatunków endemicznych roślin i zwierząt. Gigantyczne drzewa pozwoliły budować większe łodzie, a ogromne nielotne ptaki moa zapewniły dostęp do świeżego mięsa. Było ich kilka gatunków od takich wielkości indyka po giganty (dinoris maximus) kilkakrotnie większe od strusia czy emu. Niestety, Maorysi dość szybko wybili te ufne zwierzęta, niemające  wcześniej naturalnych wrogów. Przetrwały choć nielicznie inne nieloty, nieco mniejsze od kury ptaki kiwi, które są obecnie symbolem Nowej Zelandii (a nie również uprawiane tu owoce kiwi).

Kiedy pojawił się James Cook, obie wyspy były zasiedlone przez różne plemiona posługujące się tym samym językiem (z regionalnymi dialektami). Ich liczbę szacuje się na około 100-120 tys.
Niestety Europejczycy przywieźli też choroby i alkohol. A także muszkiety - w 1818 roku plemiona maoryskie zaczęły używać broni palnej do załatwiania porachunków między sobą. W wyniku wojen plemiennych w 12 lat zginęło około 20 tysięcy ludzi. W rezultacie wojen i chorób, na które miejscowi nie byli uodpornieni, ich liczba spadła do 42 tys.

Potem Maorysi byli wysyłani na wojny do Europy. To oni stanowili główną siłę garnizonu Nowej Zelandii, który razem z Australijczykami walczył pod Gallipoli z Turkami w czasie I wojny światowej. Dziś się o nich pamięta. Białe krzyże na zdjęciu to symboliczny cmentarz sprzed 100 lat w miejscowości Ngaruawahia koło Hamilton.

Dzisiaj w Nowej Zelandii jest około 600 tys. osób, które identyfikują się jako Māori. Stanowi to mniej więcej 15% całej 4,5 mln populacji kraju żyjącej na obszarze nieco mniejszym od Polski (gdybyśmy z niej wyjęli województwo Mazowieckie, to by było to). Na kulturze maoryskiej się dzisiaj zarabia. Trzeba przyznać, że jest ona pielęgnowana, wspierana i odpowiednio eksponowana. Jest głównym magnesem dla turystów, a dochody z turystyki stanowią 10 procent PKB. 

Niestety, rzadko korzystają z tego sami Maorysi. W większości ubodzy i gorzej wykształceni, a ich średnia długość życia odstaje znacznie od populacji pochodzenia europejskiego (zwanej przez nich Pākehā). W poszukiwaniu lepszego życia 120 tys. Māori przeniosło się do Australii.

poniedziałek, 30 marca 2015

Przepowiednia Tuhoto Ariki

31 mają 1986 roku z wioski Te Wairoa niedaleko Rotorua, na jezioro Tarawera (w języku Māori: "Spalona Włócznia") wyruszyły dwie łodzie z turystami, chcącymi zobaczyć słynne wtedy różowe i białe tarasy krzemionkowe z naciekami wapiennymi wyglądające trochę jak dzisiejsze Pammukale w Turcji.

Kiedy niezależnie od siebie pasażerowie obydwu łodzi przywieźli opowieść o tym, że widzieli na jeziorze widmowe wojenne "canoe" z ubranymi w żałobne szaty Maorysami, w Te Wairoa zapanowało przerażenie, bo opisane obrzędowe łodzie nie istniały już od 50 lat.

Tuhoto Ariki, miejscowy sędziwy tohunga (kapłan) uznał to za znak, że "cały ten region zostanie zasypany." 10 dni później, krótko po północy 10 czerwca 1886 roku mieszkańców Te Wairoa obudziło trzęsienie ziemi, a następnie wybuch pobliskiego wulkanu Tarawera. Erupcja trwała 6 godzin. Te Wairoa i dwie inne wioski zostały zasypane dwumetrową warstwą popiołu i skał. Zginęło 147 Maorysów i 6 Europejczyków.

Tuhoto Ariki został odkopany dopiero po czterech dniach. Żywy! Zmarł 20 dni później w sanatorium w Rotorua. Nie z powodu odniesionych obrażeń, a ze starości - miał ponad 100 lat, a miejscowi twierdzą nawet, że 110. Poza tym wraz z wybuchem wulkanu skończył się jego świat.

Skończyło się też istnienie pięknych tarasów, które zostały najpierw przykryte popiołem, a potem zalane wodami jeziora Rotomahana.

Dzisiaj w miejscu wioski Te Wairoa jest świetnie urządzone muzeum "Buried Village" i kilometrowy szlak z pozostałościami budynków i przedmiotów wydobytych z wulkanicznych popiołów. Dodatkową atrakcję stanowi piękny 30 m wysokości wodospad, do którego prowadzą strome schody.

Ostatnio, naukowcy odkryli na dnie jeziora fragment słynnych tarasów. Może niedługo będzie je można oglądać w stroju płetwonurka.