piątek, 3 kwietnia 2015

Sen szalonego architekta

Gardens by the Bay - to jest to miejsce, które wciągnęło mnie tak, że spędziłem tam większość czasu przeznaczonego na Miasto Lwa. Trudno przekazać to słowami i zapewne załączone tu zdjęcia również nie oddają rzeczywistości.

Takie rzeczy powstają kiedy nie jest się ograniczonym wyobraźnią ani tym bardziej finansami. Na powierzchni 101 hektarów wyrwanych morzu nieużytków władze miasta stworzyły ogród jakiego na świecie dotąd nie było.

Idąc kładką łączącą 6 piętro hotelu Marina Sands Bay z tym niezwykłym parkiem ma się wrażenie wkraczania do nierealnej krainy jak z filmów fantastycznych. Nad morzem zieleni górują "super drzewa" -  przypominające kształtem afrykańskie baobaby wielkie konstrukcje z metalu, ale jednocześnie żyjące - stanowią podstawę dla tysięcy pnączy i kwiatów. Są tak pomyślane, że docelowo konstrukcja nie będzie widoczna, bo pokryje ją w całości ekspansywna roślinność. Już teraz jednak (dwa lata po oddaniu parku do użytku) rośliny sięgają metalowych koron. Supertrees mają wysokość od 25 do 55 metrów i jest ich łącznie 18.

W centralnym punkcie pomiędzy dwoma najwyższymi na wysokości 25 metrów na stalowych linach rozpięta jest ścieżka spacerowa. Nie jest długa, ale wystarcza by poczuć wspaniały surrealizm tego miejsca. Ścieżka obiega łukiem centralne "drzewo" na szczycie którego mieści się kawiarnia ze wspaniałym widokiem na park, marinę i miasto. Zwłaszcza wieczorem, gdy park jest oświetlony dziesiątkiem tysięcy swiatełek warto tam spędzić trochę czasu. Nie dla mnie ta atrakcja (przynajmniej nie tym razem), bo wieczorem będę już w drodze na lotnisko.

W cieniu "super drzew" ukryte są tematyczne ogrody: kolonialny, malajski, chiński i hinduski - a więc reprezentujące wszystkie kultury składające się na dzisiejszy Singapur. Oprócz tego do oglądania są pawilony tematyczne - np. położony na wzniesieniu "Pawilon Słoneczny" zasiedlany przez kaktusy i unikające wody sukulenty. Wielką atrakcję dla dzieci stanowi otwarty dopiero jesienią ubiegłego roku Children's Garden z kręcącymi się zraszaczami i fontannami. Bajkową scenerię uzupełniają wypielegnowane nasadzenia najrozmaitszych drzew i krzewów oraz drewniane rzeźby, niektóre użyteczne - np. stylizowane ławki. I to wszystko poprzetykane starannie zaplanowanymi jeziorkami.

Ale to jeszcze nic... Do zwiedzania parku podszedłem strategicznie, bacznie obserwując chmury i pamiętając o zwyczajowych codziennych popołudniowych ulewach. Kiedy około 14:00 mogłem za Kubusiem Puchatkiem powiedzieć "aj, aj, zanosi się na deszcz" do obejrzenia zostały mi jedynie dwie pokryte szkłem kopuły o nieregularnych kształtach.

O ile przy super drzewach "odjechałem" to teraz całkowicie odpadłem. No bo wyobraźcie sobie warszawskie Złote Tarasy powiększone trzykrotnie i pozbawione handlowego wnętrza, za to wyposażone w setki drzew oraz dziesiątki tysięcy roślin i kwiatów umieszczonych na kilkupoziomowych tarasach. Palmy wysokości 15 metrów, baobaby, drzewa butelkowe i wielokolorowe pole... tulipanów - element ekspozycji czasowej o nazwie "Tulipmania".

To Flower Dome - miejsce pokazujące okazy żyjące poza Singapurem, a więc w subtropikalnych obszarach Afryki, Australii, Ameryki Południowej i basenu Morza Śródziemnego. Rzeczywiście klimat wewnątrz jest znacznie suchszy niż miejscowy, a temperatura oscyluje w granicach 25-28°C - optymalnych dla np. tysiącletnich drzew oliwnych, których pokręcone pnie na mnie zrobiły znacznie większe wrażenie niż pole tulipanów ze stojącą pośrodku karetą Kopciuszka na szalejącej z aparatami wycieczce Japończyków. Ten Kopciuszek i stojąca nieopodal Królowa Śniegu w zaprzęgu reniferów to jedyne tandetne elementy tego niezwykłego miejsca.

Ja zresztą też zrobiłem tu rekordową liczbę zdjęć. Nie tyle co pewien Niemiec w Hobbitonie, ale dla mnie to są rzeczy absolutnie nieporównywalne. Tamto to była zwykła popkulturowa dykta.

Zgodnie z planem o 14:30 lunął deszcz. We Flower Dome zrobiło się niemal ciemno, dzięki czemu błyskawice stały się częścią spektaklu. Tuż obok jest druga gigantyczna "szklarnia" - wyższa, ale o mniejszej powierzchni. To Cloud Forest, w którym można zobaczyć rośliny, kwiaty i setki gatunków paproci żyjących w strefie klimatu równikowego w górach na wysokości od 1000 do 3000 m npm. Rzeczywiście warunki są tu zupełnie inne - ogromna wilgotność i dość niskie temperatury - 15-20°C. Najkrócej rzecz ujmując, wnętrze tej niesamowitej konstrukcji wypełnia 42-metrowej wysokości góra zbudowana z żelbetu i tak wyprofilowana by ten beton nie był widoczny. W całości pokrywa go płaszcz roślinności, którą można podziwiać z podwieszanych ścieżek dla zwiedzających. Z zachodniej strony "góry" spada pionowo 35-metrowy wodospad.

Jak już pisałem - odpadłem. Te rośliny, te kwiaty. Wystarczy powiedzieć, że jest to królestwo najróżniejszych kolorów i kształtów orchidei, które są zresztą oficjalnym kwiatem Singapuru. Kiedy już zmierzałem do wyjścia, pod kopułą zaczęły się zbierać autentyczne chmury i - daję słowo - zaczęło delikatnie kropić. W tym samym momencie ponad kopułą właśnie kropić przestawało. Słowa są ułomne - uwierzcie mi.

Kiedy potem jadłem smaczne penne w jednej z rozmieszczonych tu restauracji, postanowiłem bez dwóch zdań, że to jest miejsce, do którego muszę jeszcze wrócić. Kolejne takie miejsce na mojej trasie...

Gardens by the Bay to pomysł wspomnianego już dyktatora Lee Kuan Yewa, firmowany przez jego syna, premiera Lee Hsien Loonga, który w 2005 roku rozpisał konkurs na zagospodarowanie tego terenu. Wpłynęło 70 prac złożonych przez 170 firm z 24 krajów. Wygrało konsorcjum firm - Gran Associates i Gustafson Porter. Przy realizacji projektu zatrudnienie znalazło wielu podwykonawców, a całość kosztowała nieco ponad miliard dolarów. To prawie połowa całego rocznego budżetu miasta społecznego Warszawy. Samo utrzymanie kompleksu kosztuje 58 mln dolarów rocznie.

Kto zabroni bogatemu skromnie żyć.

Singa Pura

Trwający zaledwie 50 minut lot z Kuala Lumpur do Singapuru to najkrótszy odcinek na mojej trasie podróży. O ile z Sydney samolot był wypełniony do ostatniego miejsca, o tyle teraz dużą, 150-miejscową maszyną Malaysian Airlines leci zaledwie 40 osób. Miejsca można sobie wybierać dowolnie.

Dwie urocze stewardesy twierdzą, że zazwyczaj jest dużo więcej pasażerów. Statystyki pokazują jednak, że po ostatnich dwóch tragicznych wydarzeniach - zaginięciu MH370 i zestrzeleniu nad Ukrainą MH17 ludzie starają się omijać tego przewoźnika jako dotkniętego straszliwym fatum. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić gorsze zrządzenie losu dla firmy lotniczej. Malaysian Airlines, skądinąd solidne linie lotnicze, ciągle walczą o przetrwanie.

Czym mnie przywitał Singapur? O tej porze roku jednego można być tu pewnym, że popołudniu na pewno spadnie deszcz. Rano, stojące w zenicie słońce (Singapur leży niemal dokładnie na równiku), powoduje przyspieszone parowanie i po południu błyskawicznie zbierają się chmury. A ulewie towarzyszą wyładowania atmosferyczne. Dlatego, zarówno w Kuala Lumpur jak i w Singapurze szanujące się instytucje i hotele mają szerokie zadaszenia, pod które podjeżdżają taksówki.

Zatrzymałem się w Chinatown, w hostelu, który wypatrzyłem jeszcze przygotowując się do lotu z Sydney. Chic Capsules Hostel, ma bardzo wysokie oceny na booking.com i przyznać muszę - w pełni zasłużone. Wybrałem to miejsce bo zawsze chciałem zobaczyć jak wyglądają te sypialne kapsuły znane z doniesień z Japonii.

Całości dogląda sympatyczny młody człowiek, z pochodzenia Chińczyk - sądząc po biegłości rozmowy z gośćmi z Państwa Środka. Na powitanie szklaneczka zmrożonej herbaty jaśminowej. Zabieg genialny, biorąc pod uwagę, że turyści przychodzą tu ciągnąc bagaże, wykończeni podróżą i upałem.

W całym hoteliku obowiązuje zasada bosej stopy. Buty zostawia się w specjalnych pojemnikach przy wejściu. Kapsuły są dwupiętrowe - ja mam górny pokład. To  "odgrodzone" ze wszystkich stron łóżko z własnym światłem, gniazdkiem i płaskim telewizorem, który ogląda się ze słuchawkami na uszach. Kiedy na noc opuści sie roletę, człowiek ma wrażenie przyjemnego odosobnienia. W klimatyzowanej koedukacyjnej sali naliczyłem 14 takich kapsuł. Czyste łazienki z prysznicami są piętro niżej, niestety tu już klimatyzacji nie ma, co powoduje, że przypominają łaźnię parową.

Singapur to przykład na to, że dyktatura może być dobra, jeśli tylko trafi się na dobrego dyktatora, który w dodatku ma wizję tego co należy zrobić. To miasto-państwo powstało jako placówka handlowa wydzierżawiona w 1819 roku od sułtana Johoru przez brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską. Swą nazwę zawdzięcza złożeniu dwóch sanskryckich słów: Singa (lew) i  Pura (miasto). Brytyjczykom spodobało się tu, bo ostatecznie siedem lat później wykupili od sułtana ten teren.

Tak naprawdę jednak miasto w dzisiejszym kształcie to dzieło jednego człowieka, który zresztą niespełna dwa tygodnie temu był żegnany z wielkimi honorami - zmarł 23 marca 2015 roku w wieku 91 lat. Ludzie stali po 10 godzin w kolejce by móc mu oddać hołd. Z własnej, nieprzymuszonej woli.

Lee Kuan Yew objął rządy w 1959 roku, kiedy Singapur był sennym miasteczkiem położonym na błotnistej wyspie z fatalnym klimatem i bez jakichkolwiek bogactw naturalnych. Mieszkali tu różni ludzie - Malajowie, Chińczycy, Hindusi, Indonezyjczycy i Brytyjczycy - pamiątka po czasach imperium brytyjskiego. Wszyscy oni nie mieli ani wspólnego języka, ani poczucia wspólnej tożsamości.

W pierwszych latach Yew widział szansę na rozwój w ramach Federacji Malajskiej, ale Singapur... nie spełnił warunków i nie został do niej przyjęty. To niepowodzenie stało się początkiem obecnego sukcesu. Yew zebrał wokół siebie grupę bezwzględnych technokratów, absolwentów renomowanych uczelni z całego świata i wspólnie z nimi zaplanował miasto-państwo w najdrobniejszych szczegółach.

Korzystając ze strategicznego położenia na szlaku z Europy do południowo-wschodniej Azji i Australii, stworzył tu potężny węzeł komunikacyjny i ośrodek handlowy. Rozsądną polityką imigracyjną ściągał najbardziej pożyteczne jednostki, otwierał możliwości do rozwoju talentów. Otworzył drzwi dla wielkiego kapitału przy jednoczesnej dbałości o edukację, służbę zdrowia i opiekę społeczną. Motorem napędowym rozwoju gospodarki stały się wielkie projekty infrastrukturalne - jedna z najlepiej rozwiniętych na świecie sieci metra, nowoczesne drogi i wielkie lotnisko Changi.

Opozycję dusił w zarodku - w pewnym momencie stanowiło ją zaledwie kilka osób nie mających zresztą nic do powiedzenia poza pisaniem listów protestacyjnych. Krytkowany przez demokratyczny świat, zwłaszcza zachodnie ruchy liberalne, konsekwentnie robił swoje. Dzisiaj w księgarniach lotniskowych można kupić kilka jego książek pod hasłem "jak osiągnąć sukces", a Singapur jest niekwestionowanym liderem w regionie, nie tyle gospodarczym tygrysem, co - zgodnie z jego herbem - silnym lwem.

To piąty najbogatszy kraj świata z jednym z najwyższych wskaźników poziomu życia i wykształcenia mieszkańców. Na terenie niewiele większym od Warszawy (716 km kw. vs 517 km kw) żyje ich 5,5 miliona, czyli o milion więcej niż w całej Nowej Zelandii. Nadal nie mają wspólnego języka, chociaż tę funkcję - zresztą zgodnie z zamysłem Yewa - w coraz większym stopniu spełnia angielski. Mają już za to bardzo silną własną tożsamość narodową. I dumę z własnych osiągnięć.

Lee Kuan Yew miał zasadniczy wpływ na życie Singapuru przez ponad pół wieku. Najpierw od 1959 do 1990 roku był premierem merytokratycznego rządu. Potem jego sukcesor Goh Chok Tong mianował go tzw. Senior Ministrem, co de facto odpowiadało jego nadrzędnej roli. Funkcję tę pełnił do 2004, kiedy premirem został... jego starszy syn Lee Hsien Loong. Yew otrzymał wtedy kolejną funkcję Ministra Mentora, którą pełnił aż do 2011 roku. W kolejce do rządów czeka już młodszy syn Yewa.

Singapur to miasto młode i prężne. Eleganccy ludzie różnych ras w metrze zanurzeni w swoich notebookach i smartfonach z bezprzewodowymi słuchawkami na uszach. Po mojej lewej stronie piękna, młoda dziewczyna, chyba z pochodzenia Malajka, o niewątpliwie powiększonych operacyjnie piersiach i ustach uwydatnionych botoksem, surfuje po Facebooku. Czego tam nie ma - selfie właścicielki, jakaś impreza, wakacje na plaży; teksty po malajsku, chińsku i angielsku.

Siedząca naprzeciwko mnie drobniutka chińska staruszka przesiada się na miejsce po mojej prawej. I natychmiast zaczyna rozmowę od prostego: skąd jesteś? Piękny angielski niemal bez obcego akcentu, co nie jest tutaj powszechną zasadą. Mieszka w Singapurze od urodzenia. - To zupełnie inne miejsce niż kiedyś, wszystko pędzi. Ale nie ma biedy, no i - zwyczajnie - jest pięknie - mówi z dumą.

Ma szóstkę dorosłych dzieci, które skończyły wyższe studia i rozjechały się po świecie - mieszkają w Los Angeles, na Hawajach, w Australii. Niedługo będzie zjazd rodzinny, więc nacieszy się wnukami.

Siedząca po drugiej stronie nowoczesnego wagonu jej koleżanka podniosła alarm, że powinny już wysiąść. - Jest cztery lata starsza ode mnie, ma 80 lat i już jej się czasem coś miesza - mówi ze śmiechem moja sąsiadka. Komplementy pod swoim adresem przyjmuje z wdziękiem nastolatki. Po czym bardzo dokładnie, z matczyną wręcz troską, instruuje mnie gdzie mam wysiąść i co powinienem w mieście zobaczyć. Żegna się machając ręką z taką energią jakbyśmy znali się od wielu lat. Drugą ręką popycha jednocześnie nieco niezborną koleżankę.

Dla kogoś, kto na zwiedzenie Singapuru ma zaledwie jeden dzień, to jednak nie metro jest najlepszym rozwiązaniem, a - podobnie jak w Sydney - odkryte autobusy City Sightseeing. Z tym, że tutaj ma się do dyspozycji trzy linie i nielimitowaną liczbę przesiadek. Bilet kupiony ze zniżką w hostelu (25 dolarów singapurskich) załatwił mi cały dzień przemieszczania się po mieście. Chociaż przyznać muszę, że dużo nie pojeździłem, bo jedno miejsce tak mnie zachwyciło, że utknąłem tam na dłużej...

Marina Bay Sands to niezwykły hotel składający się z trzech wież wspinających się w niebo, przykrytych i połączonych wielką 340 metrową deską surfingową, na której bez poczucia tłoku może przebywać jednocześnie 3400 osób i korzystać na przykład ze 150 metrowego basenu, którego lustro wody znajduje się 191 metrów nad powierzchnią gruntu. Są tam też najdroższe apartamenty, restauracje i park z pełnowywymiarowymi palmami. To najdroższy budynek świata wyceniany na 8 mld dolarów. Mieści się w nim hotel na 2561 pokoi, 120 tys. metrów kwadratowych powierzchni konferencyjnej i wystawienniczej, 74 tys. m kw. powierzchni sklepowej, muzeum, dwa duże teatry, siedem znakomitych restauracji, dwa pływające pawilony, tor dla rolkarzy i wreszcie największe na świecie kasyno z 500 stolikami i 1600 maszynami do gry.

Po wejściu do budynku - zaskoczenie - jest pusty w środku (to właśnie te powierzchnie wstawiennicze), a wielkie przeszklenia po bokach dają dużo światła i poczucia przestrzeni. Przez środek budynku, na wysokości 6 piętra prowadzi kładka wiodąca do pięknego, baśniowego wręcz parku...


Błotniste ujście

Zgadnijcie, co mnie przywitało w Kuala Lumpur. Oczywiście - deszcz. Nie jakiś tam deszczyk, ale ulewa. Mój słynny worek na plecak po raz kolejny potwierdził swoją przydatność - przyjechał na taśmie całkowicie mokry, ale jego zawartość była sucha. Trafiłem do niego idąc za znakami "Tutuntan bagasi". Uroczy jest ten język malajski. 

Mówi się, że Malezja to nowy azjatycki tygrys ekonomiczny. Potwierdzam. Supernowoczesne lotnisko, znakomity dojazd do centrum dzięki taniemu i czyściutkiemu pociągowi KLIA Express. Miasto przypomina tuskową Polskę w budowie. Ale ze znacznie większym rozmachem. Mnóstwo rozpoczętych robót zarówno jeśli chodzi o drogi jak i wieżowce. W centrum wyburzane są budynki z gorszych czasów by zrobić miejsce pod nowe wysokościowce. Beton, stal i szkło. Ale widać też dbałość o zieleń i miejsca do rekreacji.

Taksówkarze uczciwi i działają wg. taksometru. Usłużni, na moje oko wręcz nadmiernie. Podobnie jak panowie w białej liberii przy wejściu do hotelu Majestic. Tak - zaszalałem. Mocne 5 gwiazdek, a w cenie warszawskich 3*, albo jak kto woli - najtańszego hotelu w Nowej Zelandii. Wielki hol w marmurach, duży piękny basen na 4 piętrze, znakomite śniadania. Mój pokój na 12 piętrze wielkości polskiego M4 z przeszkloną łazienką i 40-calową plazmą nad wanną. Elegancko, ze smakiem, czysto i cicho. To najlepszy mój hotel w czasie całej podróży. I jeden z tańszych.

Dodatkowo bezpłatny transfer do głównych atrakcji. Jako, że na Kuala Lumpur miałem zaledwie 20 godzin, wliczając w to transfer z/na lotnisko, nocleg i... godzinę na basenie, to każde ułatwienie było mile widziane.

Hotel zapewnia autokar co godzinę niezależnie od liczby podróżnych. Miałem go więc do swojej wyłącznej dyspozycji. Trasa hotel - wielkie centrum handlowe - Starhill Gallery. Gucci, Prada, Armani i inne najdroższe marki. Obok eleganckie hotele Westin i Marriott oraz wciśnięta w tę nowoczesność chińska świątynia z 1940 roku. Wielkie neony, rozmach i bogactwo.

Można stąd dojść do słynnych Petronas Towers. Ale nie chodnikiem przy ulicy. Na chodniki nie wystarczyło miejsca w tej plątaninie ulic i budynków. Malezyjczycy wybudowali więc 10 metrów nad ziemią zamknięte pasaże, zupełnie jak przejścia na lotnisku. Eleganckie, z rozgałęzieniami i - co najważniejsze - klimatyzowane. Całe szczęście, bo trudno się tu oddycha. Problemem jest nie tyle temperatura (stałe 32°C w dzień i 26°C w nocy), co wilgotność sięgająca powyżej 90%. Sto metrów spaceru i człowiek jest mokry od potu. A potem wchodzi do klimatyzowanej restauracji lub sklepu, gdzie jest permanentny przeciąg zasilany polarnym wiatrem ze Spitsbergenu. Tak przynajmniej przypuszczam. Kontrast niesamowity. Na szczęście mnie nic nie bierze - ani przemarznięcie na Hawajach, ani kompletne przemoczenie na Nowej Zelandii.

Pasaż prowadzi przez ponad dwa kilometry aż do wielkiego centrum konferencyjnego KL Convention Centre. Przechodząc obok kawiarni usłyszałem język polski. Po raz pierwszy od 20 dni! Dwie sympatyczne Panie przyjechały na odbywające się tu azjatyckie targi żywnościowe Halal. Reprezentują firmę "Global-Champ" spod Siedlec specjalizującą się w produkcji pieczarek. Czy to nie piękne, że takie firmy zdobywają Azję. Słusznie. Rozpychajmy się na rynkach.

W tym samym budynku mieści się też miejscowe "akwarium" z mnóstwem morskich zwierząt nie tylko z tej strefy klimatycznej, które można oglądać przez panoramiczne szyby. Tuż obok elegancki Hyatt. Z jego okien roztacza się widok na pięknie zagospodarowany KLCC Park (Malezyjczycy najwyraźniej lubią skróty literowe) i stojące za nim bliźniacze wieże.

Kuala Lumpur bez Petronas Towers byłoby tym, czym Sydney bez słynnej opery. To absolutna atrakcja numer jeden. Swego czasu najwyższy budynek na świecie o wysokości 452 metry i 88 zagospodarowanych piętrach. Nadal posiada jednak dwa rekordy: to najwyższe na świecie DWIE bliźniacze wieże i najwyżej zawieszony dwupiętrowy łącznik pomiędzy nimi (na 41 i 42 piętrze). Idealny do kręcenia filmów akcji - pamiętam, że rozgrywa się tutaj fragment jednego z Bondów.

Zaledwie 31 metrów niższa jest wieża radiowo - telewizyjna KL Tower z obracającą się restauracją "Atmosphere 360°". Co ważniejsze - stoi w środku rezerwatu obejmującego las deszczowy  (KL Eco-Forest Park). Ostatni taki kawałek w obrębie miasta.

Inne miejsca, które odwiedziłbym, gdybym był miał trochę więcej czasu:
- muzeum i ogrody botaniczne Perdana,
- Chinatown,
- Bukit Bintang - tradycyjny obszar malajskich sklepów, restauracji i barów,
- Dwie świątynie: hinduistyczną (Sri Maha Mariamman) oraz chińską (Guan Di). 

Całkiem nieźle jak na osadę założoną w 1857 roku. Wtedy to radża Abdullah z rodziny władców królestwa Selangor zgodził się by Brytyjczycy mogli zagospodarować dolinę Klang - wtedy odstręczającą, wilgotną i błotnistą. Z grupy 87 Chińczyków sprowadzonych tutaj do pracy w pobliskiej kopalni cyny przeżyło zaledwie 18, ale osada przetrwała. Pojawili się handlarze, którzy założyli pierwsze sklepy. Dla zachowania porządku Brytyjczycy wyznaczyli chińskiego "Kapitana". Znakomitym wyborem był drugi Kapitan o imieniu Yap, który otworzył pierwsze w Malezji szkoły publiczne i schroniska dla bezdomnych. Ściągnął tez farmerów, którzy osiedlili się wokół miasta. Dzięki temu zapewnił stałe dostawy żywności.

Pożarowi, który zniszczył miasto w 1881 roku "zawdzięczamy" większość obecnych zabytków, gdyż od tego momentu zaczęto budować głównie z cegieł, by uniknąć podobnych tragedii.

Kuala Lumpur znaczy po malajsku "błotniste ujście". Mało zachęcająca nazwa. Ale ośrodek ten rozwijał się tak szybko, że dokładnie sto lat od powstania pierwszej osady, w 1957 roku stał się stolicą Federacji Malajów. W 1963 roku kraj zmienił nazwę na Federację Malezji.

Obecnie Kuala Lumpur pod względem liczby mieszkańców jest miastem dokladnie wielkości Warszawy. Rozwija się w szalonym tempie 10% przyrostu gospodarczego rocznie. Niestety, za tym rozwojem nie nadąża budowa dróg i transportu publicznego. Dlatego, jazda samochodem po jego ulicach (po lewej stronie zresztą) to droga przez mękę. Taka jest cena szybkiego bogacenia się.

To wszystko nie zmienia faktu, że pod względem obyczajowym to kraj bardzo konserwatywny w porównaniu choćby do sąsiedniego Singapuru. I kraj zdecydowanie muzułmański. Większość kobiet nosi chusty dokładnie zakrywające włosy, a niektóre odsłaniają tylko oczy. Rekompensują to sobie mocnym makijażem i jaskrawo malowanymi paznokciami, a chusty spinają rzucającymi się w oczy złotymi spinkami.

Firma Petronas, która wybudowała bliźniacze wieże to miejscowy gigant naftowy, który eksploatuje złoża ropy położone w szelfie kontynentalnym u wybrzeży Malezji i jej części położonej na wyspie Borneo, czyli Sarawaku. Jako, że było to zgodne ze strategią firmy, w Kuala Lumpur wybudowano tor Formuły 1, na którym co roku ścigają się najlepsi kierowcy świata. Jest to jeden z najciekawszych wyścigów sezonu ze względu na nieprzewidywalną pogodę. Zazwyczaj w czasie tych wyścigów pada deszcz, czasem kilkakrotnie.

Zupełnie tak jak dzisiaj. Te zadaszone przejścia są świetnie pomyślane - zaczęło lać o godzinie 13:00. Padało przez godzinę, ale wody spadło pewnie tyle ile w Polsce przez dobę ciągłego deszczu. Taksówkarz uspokoił mnie, że teraz to wcale dużo nie pada - znacznie gorszy jest listopad. Po godzinie wyszło słońce i wszystko zaczęło błyskawicznie parować. Po kolejnych 40 minutach znowu lunęło - tak na pół godziny. Kiedy jechałem już pociągiem na lotnisko,  znów świeciło słońce. Startowaliśmy o 16:30. W deszczu.

środa, 1 kwietnia 2015

Płaszczka, czyli motyl

Właśnie dostałem maila z przypomnieniem, że we wtorek 7 kwietnia mam się stawić do nowej pracy o godzinie 8:30 wraz z mnóstwem wypełnionych dokumentów i formularzy oraz wynikami badania lekarskiego. To brutalnie uzmysłowiło mi, że kończy się pewna historia. Jeśli dziś jest środa to za dwa dni muszę wylądować w Warszawie. Co wtedy? Co ja zrobię z tym blogiem?

No ale popracować trzeba. Czasem...
- Ja bardzo lubię swoją pracę - powiedział muskularny Maorys wytatuowany od stóp do głów. W ośrodku Wakarewarewa (bardzo mi się podoba ta nazwa) koło Rotorua zajmował się tatuażami właśnie. Tak jakoś nam się dobrze rozmawiało, że namówił mnie na lokalny wzór. A może to wina jego pięknej asystentki?

Nie pisałem Wam wcześniej o tym - przywiozę pamiątkę. Płaszczka, albo jak kto woli, motyl. 
Mam nadzieję, że nowy pracodawca nie będzie miał nic przeciwko temu. I rodzina też...